O tym, że pieniądze szczęścia nie dają.
O tym, że pieniądze leżą na ulicy, choć raz może być to chodnik, a raz rynsztok.
O tym, że większość kobiet uważa dobrą sytuację finansową, za podstawę udanego małżeństwa. A nie na przykład seks.
Czyli o dwóch rzeczach, które rządzą światem: pieniądzach i seksie. Przy czym pieniądze są w lekkiej przewadze.
czwartek, 20 sierpnia 2009
przeglądałem niedawno wyniki badań nad luksusem, które przeprowadziła firma IQS Quant Group na zlecenie jednego z portali poświęconych grze w golfa. wiadomo, golf, dyscyplina według niektórych sportowa, jest w oczywisty sposób kojarzona z luksusem, bogactwem i w ogóle - zbytkiem wszelkim.
badanych, statystycznie zamożnych Polaków, pytano o to jakie marki kojarzą im się z luksusem. o to samo zapytano przy okazji Polaków statystycznie przeciętnie zarabiających. a to, co mnie uderzyło w odpowiedziach ”przeciętnych” to wskazanie jako luksusową marki... adidas. dodam, że ”bogacze” o niej nie wspomnieli. a ”statystyczni” umiejscowili ją na bardzo wysokim 9. miejscu. zaraz za rolexem, a przed chanel... hm... hm... i po stokroć hm...
rozumiem: i dziś adidasy są/mogą być drogie. a dla adidasa projektują najlepsi jak Yohji Yamamoto czy Stella MacCartney. i są to czasem fajne/wystrzałowe rzeczy (zaraz mnie ktoś ochrzani, że nie wiem ile osób żyje w Polsce za najniższą krajową i że dla nich adidasy są nieosiągalne - darujcie sobie, już sam się pod nosem skląłem)
rozumiem: adidasa reklamują sławy światowego sportu.
rozumiem: adidas to nie tylko buty, to kosmetyki, ubrania (jw.), gadżety etc.
rozumiem: adidas jest oldchool, co oldschool jest cool, mieć adidas to być cool
ale ale, kochani - adidas, synonim buta sportowego, mógł być dla większości społeczeństwa symbolem dobrobytu w latach mrocznych, słusznie minionych (skląłem się ponownie). podbnie jak przez jakiś czas zbiorową wyobraźnią Polaków zawładnęły spodnie piramidy czy dresy z kreszu. luksusowe trzy paski stały się też znakiem rozpoznawczym pewnej dynamicznie się rozwijającej (głównie na siłowniach) grupy społecznej, od której towarzystwa stronię z obawy, że mogliby źle zrozumieć moje poglądy na rzeczywistość. nie wspomnę o przekręcaniu nazwy pewnej śmiertelnej choroby, która - zapewne złośliwie - kojarzy się z marką adidas.
dlatego, apeluję z tego miejsca, jeśli adidas to luksus, to niech to będzie adidas z twarzą Stelli MacCartney, a nie pewnego mojego ogolnego sąsiada z bloku obok (którego zresztą pozdrawiam, nie ze strachu lecz z prawdziwego afektu, a co!)
idę pobiegać, bye
piątek, 06 lutego 2009
Dostałem wczoraj informację, że jeden z polskich, popularnych serwisów oferujących pożyczki społecznościowe odpalił aukcję, na której chce zebrać milion złotych. Jeśli się uda, to chyba będzie jedna z najciekawszych ”ofert niepublicznych” w polskiej sieci. O co chodzi? Serwisy z pożyczkami społecznościowymi to w Polsce stosunkowa nowość. Działają mniej więcej tak, że kojarzą ludzi, któzy chcą zainwestować (nawet drobne kwoty) z ludźmi, którzy potrzebują gotówki. Pożyczkobiorca rejestruje się w serwisie, przechodzi szereg procedur uwiarygadniających (w jednym serwisie więcej, w innym mniej) i wystawia aukcję. Np. „500 zł na drobny remont”. Do tego zaznacza na jak długo chce pożyczyć i na jaki procent (czyli ile odda - lub nie ;) ). Pożyczkodawcy (potencjalni) oceniają ryzyko takiej inwestycji i uczestniczą w aukcji. Jeden da 100 zł, inny - 50 zł. Jeśli aukcja cieszy się powodzeniem (czytaj: skusiła odpowiednią liczbę inwestorów), Pożyczkobiorca dostaje przelew (serwis potrąca zwykle drobną prowizję). To co się dzieje w takich serwisach, bywa dość zabawne. Zwykle Pożyczkobiorca musi napisać z detalami na co mu kasa, ile zarabia, jakie ma obciążenia kredytowe. Do publicznej wiadomości podawane są też takie jego dane, jak miejsce zatrudnienia, miasto pochodzenia. stan cywilny i wiek. Oczywiście Pożyczkodawcy zwykle cisną delikwenta, żeby ten - już indywidualnie - wysłał im np. skan zaświadczenia o zatrudnieniu, podał link do jakiegoś serwisu społecznościowego typu Nasza-klasa.pl etc. Polecam dyskusję jakie toczą się przy takich aukcjach. Pouczające ;) Jeden z moich ulubionych, w kontekście pewnego Pożyczkobiorcy, który spóźniał się potwornie ze spłatą kredytu, brzmiał mniej więcej tak: ”Spokojnie, już się zajmujemy windykacją”. I pochodził od jednego Pożyczkodawców. Heh,nieco przerażające... Czy u drzwi niesolidnego Pożyczkobiorcy pojawią się łysi panowie w dresowych spodniach? A może nieformalna firma windykacyjna zza wschodniej granicy? Czy zastuka komornik? Wyspecjalizowana w odzyskiwaniu długów firma? (Szybka ankieta: którą wersję byście woleli? ;)). Ale wróćmy do miliona. Otóż, właściciele serwisu założyli sami aukcję, na której chcą zgarnąć bańkę. Generalnie: na dalszy rozwój/promocję serwisu. Nie wiem czy uwierzycie, ale zainteresowanie jest oooogromne. Są ludzie, którzy wpłacają po 50 tysięcy złotych! Dlaczego? Cóż, pewnie uważają (i pewnie mają rację), że w tym przypadku Pożyczkobiorca jest superpewny (380 mln zł przychodów w 2008 r., 3 mln zł zysku - dane spółki) . I superwypłacalny. No i oferta z pozoru mało atrakcyjna, po chwili zastanowienia wydaje się niegłupia. Warunki pożyczki: milion złotych, na jeden procent, na jeden miesiąc. Czyli, jeśli ktoś wpłaci 50 tysięcy, po miesiącu dostanie 500 zł odsetek. W tym sensie serwis konkuruje z najlepszymi bankowymi lokatami. I, zdaje mi się, proponuje najwięcej - miesięczna lokata na 12 proc. w skali roku. Co jeszcze jest w tym ciekawego? Taka społecznościowa zrzutka w polskim internecie, to moim zdaniem nowość (mylę się, to skorygujcie). Pomijam oczywiście charytatywne zbiórki na chore dzieci, itp. Deal dla firmy wydaje się wymarzony. Raz - promocja (za ”jedyne” 10 tysięcy), dwa - bańka na koncie, którą można w ciągu tego miesiąca parę razy obrócić, tak by te 10 tys. zł odzyskać. Może nawet z nawiązką. Swoją drogą: ciekawe jak do kredytu na TAKĄ kwotę podchodzą instytucje nadzorujące nasz rynek finansowy? Materiał do dalszych przemyśleń, doskonały... PS. Gdy pisałem te słowa, czyli mniej więcej w 33 godzinie aukcji, na zaakceptowanych zgłoszeń było już na ponad 200 tysięcy złotych. A zgłoszeń od inwestorów oczekujących na akceptację, dużo, dużo więcej...
środa, 04 lutego 2009
W jednym z moich ulubionych serwisów interenetowcyh znalazłem ciekawą informację dotyczącą amerykańskich wyobrażeń o bogactwie. Autor nie podaje źródła badań, ani daty ich przeprowadzenia. Więc jeśli wziąć pod uwagę obecny kryzys w USA i dowcipy w stylu: stoi sobie były pracownik funduszu hedge na ulicy i trzyma kartkę ”I will invest for food”, wymienione w badaniu kwoty można pewnie spokojnie zaniżyć, np. o połowę. Otóż kwotą działającą na wyobraźnię przeciętnego Amerykanina, za której posiadanie gotów zapomnieć o zdrowym rozsądku czy ludzkiej przyzwoitości, jest 10 mln dolarów (dziś z grubsza 36 mln zł) . Za tą kwotę gotów byłby porzucić rodzinę i przyjaciół, wystąpić z kościoła oraz - do czego miała przyznać się większość badanych - nawet zmienić rasę (?!) lub płeć! Mniej więcej 7 proc. ankietowanych za tą kwotę jest gotowa zabić kogoś. Jak łatwo policzyć, co 14 spotykana przez nas osoba, gotowa byłaby nas ukatrupić. Jeśli dobrze zapłacić. Ha, ale w badaniu był haczyk! Po zadaniu pytania o 10 mln dolarów, padło pytanie, czy ankietowany Amerykanin, zrobiłby to samo za np.... 9 mln, 8 mln, 7 mln... Okazuje się, że jeśli dobrze popytać, cena sumienia plasuje się na poziomie 3 mln dol. Poniżej tej kwoty, przeciętny Amerykanin, nie jest już skłonny do tak dalekich poświęceń, jak zmiana płci. Ankietowani dość zgodnie przyznawali, i to jest ciekawe, że żadnej z tych rzeczy nie zrobiliby za marne za dwa miliony zielonych. Dziwne? Te kwoty pewnie wzbudzają gromki śmiech u byłych szefów spółek finansowych na Wall Street. Dwa miliony dolarów to do niedawna 4 średnie roczne pensje na maklerów z Wall Street. Co więcej, czymże jest np. pięć, czy nawet 10 milionów dolarów dla Richarda Fulda (ex CEO Lehman Brothers), który w ciągu dziesięciu lat przytulił w postaci pensji i premii drobne 500 mln $? (Sam Fuld skromnie przyznał, że zarobił góra 300 mln). Ciekawe co przeciętny Amerykanin gotów byłby zrobić za taką kwotę... Ale idźmy dalej w naszych dociekaniach? Przeglądając nasze afery korupcyjne wśród polityków, widać, że dwa miliony dolarów (czyli jakieś, 7,2 mln złotych) to aż nadto za ich przyzwoitość. A jaka jest „cena” przeciętnego Polaka? Czy jak afrodyzjak na wyobraźnię milion w totka, czy może dopiero kumulacja i jakieś 33 mln zł? Nie wyobrażam sobie, że przeciętny Polak śni o średniej krajowej (lekko ponad 3 tys zł). Choć zapewne są takie grupy społeczne w Polsce, niestety, gdzie te 3000 miesięcznie mogłyby rozwiązać większość problemów. Zastanawiam się raczej nad tym, za jaką kwotę statystyczny Polak (który według GUSowiskich statystyk, ma te 3000 miesięcznie), byłby gotów sprzedać swoje sumienie? Za ile podkablować kolegę z pracy? Zdradzić przyjaciela? Porzucić rodzinę? Za ile gotów byłby zmienić płeć? A jaka kwota zrekompensowałaby mu niemiłe ukłucie sumienia, gdyby kogoś zabił... Macie pomysły? To piszcie PS. Jeszcze jedno: myślę, że w owych amerykańskich badaniach nie uwzględniono tamtejszych studentów, którzy jak można zaobserowawć w tzw. programach rozrywkowych (np. na MTV), są gotowi za 50 czy 100 dolarów wytarzać się w gównie, zjeść zgniłe jedzenie etc. Nieco wyższy poziom prezentują tu bohaterowie programów takich jak Nieusztraszeni. Oni są gotowi dopuścić się podobnych idiotyzmów za 20-50 tys. dolarów ;)
poniedziałek, 02 lutego 2009
Urzeka mnie banalność pewnych pomysłów, które okazują się maszynkami do robienia pieniędzy. W filmie „Headsucker Proxy” totalny nieudacznik, zwykła życiowa pierdoła, wymyśla koło. Dokładniej - obręcz, która służy tylko i wyłącznie do kręcenia wokół bioder. Hulahop staje się rynkowym przebojem. Pomysł tak banalny, że mógłby go wymyślić mój pies. My ludzie rozumni, wszak stworzeni jesteśmy do bardziej... wzniosłych (czytaj: skomplikowanych, abstrakcyjnych, bezcelowych) projektów. historia ma finał nieco przygnębiający. Sukces hulahop staje się przekleństwem dla prostolinijnego bohatera filmu. Wiadomo: sława, pieniądze, seksowne kobiety... Pycha jest przezcież zapowiedzią upadku, czyż nie? Ale sam pomysł, by małych-wielkich inspiracji, takich jak hulahop, szukać w niszach zdawałoby się niestotnych lub do cna wyeksploatowanych, jest niezykle kuszący. Tak jak uczynił to pewien Amerykanin, niejaki Byron Reese. Wymyślił sobie, że będzie wysyłał listy do dzieci, jako Święty Mikołaj. Za niewielką opłatą, którą oczywiście wnoszą rodzice w dobrej wierze, by zachwycić swe pociechy i podtrzymać w nich wiarę w niemożliwe. Otóż pan Reese zdobył adres na biegunie północnym, rzecz dzieje się w USA, a więc na Alasce. I zaczął wysyłać listy. Jak to się mówi: spersonalizowane. Banał W 2001 r. wysłał (czytaj: sprzedał) ponad 10 tysięcy listów. A to był pierwszy rok działania jego biznesu. Maszynka zaczęła mielić i wypluwać pieniądze. W 2005 roku wypluła okrągły milion zielonych. HOHOHO zakrzyknął Święty Mikołaj aka Santa Claus... Panu Reesowi gratuluję, a Wam życzę, byście zawsze miło wspominali Święta:) Ach, zapomniałbym, hulahop w rzeczywistości ”wymyśliła” firma Wham-O w Australii w 1957 r. Sprzedała wtedy ponad 400 tys. sztuk. A w 1958 r. wirujące koło kupiło już 100 milionów klientów...
|
|